08-01-26

Grzegorz Leon Piotrowski- malarz.




Zadzwonił wczoraj mój telefon. Na ekranie wyświetliła się informacja: numer prywatny. Odebrałam. Męski głos przemówił.

Głos: Dzień dobry.
Ja: Dzień dobry.
Głos: Czy to pani Lena?
Ja: Tak.
G: Dzień dobry pani Leno.
J: Dzień dobry... nie wiem komu...
G: No, pani Leno, nie poznaje Pani?
J: ...
G: Oj, pani Leno, nie ładnie tak nie poznawać znajomych.
J: Piotrek?
G: Jaki Piotrek?!
J: no to się poddaję. Nie wiem z kim rozmawiam.
G: A pamięta pani jak spaliśmy w jednym łóżku i dzieliła nas DUBELTÓWKA?!
J: PIOTROWSKI!!!

Grzegorz Leon Piotrowski. Malarz. Autor powiedzonka: a w pizdirijj! Wielbiciel piosenki: Hotel California. Na plenerach rozkręcał radio na full, otwierał okno i krzyczał: Martyna! Słyszysz tę piosenkę? Martyna...ulubiona koleżanka Gregorego.

Grzegorz Leon Piotrowski. Przez parę lat malował książki, pamiętniki, madonny, portrety szaleńców, anioły, kobiety, mężczyzn ze skazą, domki z marzeń... Zachwycił wszystkich specyficzną kreską, grubą, jakby niepewną, trochę koślawą, sprawiającą wrażenie braku umiejętności i doświadczenia. Mylne to wrażenie.

Przez godzinę szukałam zdjęć z pleneru, na próżno. Zaginęły. Ale jeszcze poszperam i może później wstawię.

Dziś, o 18:00 Grzegorz będzie pokazywał swoje prace w Paśniku Kamy, na ul. Fredry. Dla mnie to bardziej spotkanie towarzyskie niż obcowanie ze sztuką. Przyjedzie Martyna, której nie widziałam prawie 4 lata. Tyle samo czasu nie widziałam Grzesia.

Jak bardzo zmieniło się nasze życie przez 4 lata? Dziś się dowiem.

A tak już...w ramach klamry... zapomniałam już prawie o nocy spędzonej ze strzelbą i Grzegorzem L. Piotrowskim, którego znałam wówczas od kilku dni. On się mnie bał i do łóżka zabrał dubeltówkę. Wspominał coś o strzelaniu do łani :-))))))))) Łanią to ja wówczas nie byłam na pewno. Ale miałam 19 lat. To taka młoda sarenka... I żeby było jasne: DO NICZEGO NIE DOSZŁO! Ale zawsze fajnie jest powiedzieć: pamiętasz jak ze sobą spaliśmy...i z dubeltówką...

****
Dostałam wczoraj Lekcję tanga od Zbyszka Łowżyła. Ładna kompozycja. Miło się tego słucha. Porywa.

Spędziłam piątek przy stoliku, do którego dosiadały się znajome mi osoby. Np. Wawrzek, którego nie widziałam od wielu lat. (taki czas spotkań po latach..). Motylek, Kama, Agieszka, no i na końcu Łowżył. Godziny mi uciekały, a chciałam poczytać, posłuchać muzyki, popijając kawę... To wszystko jeszcze mogę zrobić. Czy jest coś ważniejszego niż spotkanie z człowiekiem? Odpowiem sobie sama: nie ma!

Areczek zaprosił mnie na obiad. Miło.


Wczoraj obejrzałam film "Lato miłości". Rozczarowałam się bardzo. Właściwie, to finał historii mnie zawiódł. A może ja za stara jestem na takie naiwne miłostki?

Za to reszta wieczoru mnie w pełni usatysfakcjonowała. Wczytywanie się w słowa napisane przez Anais Nin, opowieści pełne prawdy o doświadczaniu miłości...
W końcu, już po północy, uśpiły mnie namiętne wyznania autorki i nie wiem czy sprawiła to późna pora czy też wygoda fotela... doprawdy nie mam pojęcia kiedy książka wypadła mi z rąk i oddałam się w ramiona Morfeusza...

***

Biegnę do wanny. Lód na twarz położę, przeprasuję zmarszczki. Namaszczę sie olejami...



Udało mi się znaleźć fotki! Griegorij, ach, Griegorij...



Komentarze (1):

Blogger DZIS pisze...

hmmm... historia lubi się powtarzać. może to taki rytuał artystycznego Leona - niezobowiązujące noce z dziewiętnastolatkami, które jeśli nie ulegną magii chwili, pozostaną dobrymi koleżankami sympatycznego malarza? a gdy przypadkiem spotkasz tego pana, możesz przynajmniej przystanąć, westchnąć i wymienić kilka miłych słów:) skąd wiem? bo i ja to przeżyłam... tyle że bez dubeltówki...

22 grudzień 2008 04:28  

Prześlij komentarz

<< Strona główna