08-06-04

Londyńska sutra w deszczu spływa...

Dziś miałam nie pić, tymczasem kolejny raz przechodząc obok ginji postanowiłam się skusić i nalać sobie kieliszek (niech się diabeł cieszy!). A. w Warszawie. Ja chora. Jutro przyjedzie Ania Smołowik i mam nadzieję, że jej towarzystwo podziała na mnie uzdrawiająco... na pewno... zostanie kilka dni, więc minie mi ten katar, ból głowy i inne takie schorzenia... a jeśli Anię przyjmą do Teatru Nowego to już zupełnie (jak Ona to zwykła mawiać) pysznie będzie :). W piątek zaciągnę Ją na wieczór szamański do sióstr N. które szczerze uwielbiam... Póki co z nosa leci mi woda...okropnie to denerwujące...i ten szum w głowie...


Ale, ale... londyńsko miało być... Cóż, zostawiłam tam Radeczka, mojego Przyjaciela zacnego, ze łzami w oczach się żegnaliśmy. Przed chwilą napisał sms'a, który wskazuje na to, że życie mu się pięknie ułoży i ja się cieszę...

Jakoś mnie miasta nie wzruszają. Mało co mnie ostatnio specjalnie wzrusza. No, ludzie mnie wzruszają. Relacje międzyludzkie są w stanie mną zawładnąć, ale miejsca już nie, a może chwilowo nie. Ja naprawdę nie rozumiem dlaczego Ci biedni turyści chodzą po tzw centrum! Wszak w Angel jest piękniej, Nothing Hill...cudo... Po diabła tłoczyć się na Carnaby Street? Nie wiem, nie wiem i się nie dowiem...

Dominika przyjęła nas z otwartymi ramionami w swoim domostwie na Leonard road. Cicho, spokojnie, ślicznie, magicznie... No i Dominika urocza, dobra i miła Kobieta... DZIĘKI!

Odwiedziliśmy kilka klubów. Przetańczyliśmy dwie noce. Przebiegliśmy się po Tate dwa razy. Poleżeliśmy na trawie. Obejrzeliśmy przedstawienie..i o tym teraz będzie...


Na początek może kilka recenzji:

The Times:
http://entertainment.timesonline.co.uk/tol/arts_and_entertainment/stage/dance/article4028097.ece

The Guardian
http://arts.guardian.co.uk/theatre/dance/reviews/story/0,,2283031,00.html


A teraz moje skromne zdanie:)

Rzadko zdarza mi się płakać w teatrze. W teatrze tańca nigdy dotąd. Tym razem łzy w oczach miałam przez całe przedstawienie. Nie wiem sama czy problem miotania się człowieka z własnymi myślami, wadzącego się z Bogiem i pytającego o sens istnienia, trafił idealnie w moment, w którym wówczas się znalazłam, czy może wzruszył mnie fakt, że mam do czynienia nie z udawanymi, odegranymi buddystami,mnichami z Szaolin, tylko z najprawdziwszą legendą, legendą, która nie spełnia kryteriów "legendy". Może poruszyła mnie ubogość scenografii, która była jednocześnie atrybutem tancerzy. Raz domem, innym razem trumną, górą, niebem, ziemią, więzieniem... A może, zwyczajnie, wszystkie te elementy mnie urzekły, jeśli do tego dodam muzykę Szymona Brzóski, mojego Przyjaciela, który był jednocześnie wykonawcą swoich utworów, to wzruszenie sięga zenitu. Kiedy, podczas owacji na stojąco, Szymon wyszedł z całym zespołem na scenę, byłam w euforii. Wciąż widzę go jak miał te 14 lat i jechaliśmy razem do Krakowa, jak chorował przed koncertami, jak pisał mi piękne piosenki... a teraz oklaskują Jego muzykę w teatrze...spełniło się Jego marzenie...pięknie...

Jest przecież tak, że bliskim nam osobom życzymy jak najlepiej. Dla tych najbliższych jesteśmy w stanie wiele poświęcić, jesteśmy w stanie wyrzec się siebie, dla Ich szczęścia. Dla Ich spokoju... Wiele refleksji miałam podczas przeżywania Sutry. i tak naprawdę, wniosek mam jeden: tak się miotamy, całe życie toczymy walki, a naprawdę wcale nie musimy tego wszystkiego robić, bo spokojem serca porządkujemy świat, nasz świat. Jak to pisał ks. Twardowski: "nie ma na Ziemi sytuacji bez wyjścia"... No bo nie ma. Wystarczy ufać, wierzyć w to, że świat nie chce nam zrobić na złość, to my chcemy sobie się sprzeciwić...po co?

Nadszedł czas kiedy coś należałoby podsumować, jakiś rozdział zamknąć, najlepiej ten związany z dokonaniami muzycznymi. Czyli...nagrać płytę. Może się zatem okazać, że wszystkie dotychczasowe rozterki to pryszcz w porównaniu z realizacją swojego ego muzycznego...

Chyba pójdę spać skoro jutro czeka mnie poranne odgruzowywanie mieszkania z okazji odwiedzin Anny S. Zakupy, bo kolację zrobić chciałabym, wino, owoce morza :)... Obowiązkowa wizyta w parku i spotkanie z Kajetanem i jego mamą Olą (Kajetan to miłość Maniusi :). Jutro powinnam też wykonać kilka telefonów ale pewnie tego nie zrobię... i nie jest mi z tym źle...

I tak, jako dygresję dodam, że chciałabym umieć ocalać związki ocalenia warte, być ostrożną, nie dać się ponosić emocjom... właśnie...mieć spokój w sercu...


No to może całkiem poważne fotki z Londku:

1. Takie tam... radeczkowe...
2. Portobello
3. Przyjaźń
4. Organic food...bleeee
5. śmiesznie
6. sama nie wiem...
7. rasta...
8. brzydki ten palac Królowej
9. Z Dominisią :*
10. Kobieta Kot w tle
11. Radzio wpatrzony w dal
12. przed teatrem...głupia mina
13. przed teatrem widownia
14. w Sadler's Wells
15. Szymon Brzóska i Olga Wojciechowska (skrzypaczka)
16. a tak wyglądają ajprawdziwsi Mnisi z Szaolin! +Szymo +Ja rozmazana
17. papierosek: Marek, Szyon, Olga, Radzio
18. śniadanie na trawie
19. Dominika
































































































































Tyle. Motyle.

Dobranoc.