08-06-08

w "wiśniowym sadzie"...

Pojechałam po Nią na dworzec w piżamie. Nie założyłam okularów i pomyliłam Ją z kimś innym. Kręciłam nerwowo głową na wszystkie strony. W końcu wysiadła z walizką, w której zmieściłyby się rzeczy na miesięczną podróż...może nawet na całe życie. Ucieszyłam się. .... Przyjechała Raniewska, Renata albo Zina, Idalia, Rachela... czyli aktorka rozbrajająco śmieszna,wzruszająca ale i śmiertelnie poważna: Anna Smołowik!


Wypiłyśmy morze wina. Szczerze mówiąc poszliśmy spać nad ranem. Opowiedziałyśmy sobie historie smutne i radosne. Ania zaśpiewała piosenki, które lubię. Nawet A. bardzo się ucieszył z Jej wizyty. Od razu się zaprzyjaźnili.

W piątek zawiozłam Annę na przesłuchanie do teatru, a ja poszłam z Manią do parku. Po godzinie zadzwoniła. Komentarz: "Byli za bardzo zachwyceni". Myślałam, że się przesłyszałam:/.
Ale miałam "poważny" problem: zepsuły mi się japonki-benettonki...nosiłam je chyba 4 lata i nagle, w środku miasta - klops... Kupiłam sobie w zastępstwie szmaciane buciki, bardzo seksowne, czerwone w wisienki za 9,90! Piękne... Uraczyłam Anię obiadem u Luigiego... pysznie było. A wieczorem poszłyśmy do sióstr N. I znów wino, wino, rozmowy, rozmowy, piosenki, rozmowy, wino, herbata, kadzidła, rozmowy, wino, wino, kadzidła, czerwone świece, modlitewne flagi...dobra myśl wysłana w kosmos w intencji Kogoś kto tego potrzebuje...imię zapisane na rytualnej karcie, białej karcie, żeby myśl czystą była, choć biel to "piąty element"... niech się ta intencja spokoju spełni...

Kiedy wracaliśmy (towarzyszył nam Roman A.)było już jasno. Ptaki zaczynały śpiewać. Spacerowaliśmy ulicami. Oprócz nas nie było na nich nikogo. Żaden samochód nas nie minął. Weszłyśmy do domu o postanowiłyśmy zjeść śniadanie, obejrzałyśmy głupie filmy na youtube, posłuchaliśmy smutnych piosenek i poszłyśmy spać, na godzinę.

Maniusia Anię pokochała. Wciąż obdarzała Ją pocałunkami. Lepiły kwiatki z ciastoliny. Czytały bajki, śpiewały piosenki z Króla Lwa, robiły sobie zdjęcia, a ja przyjęłam rolę Matki Polki i krzątałam się po domu.

W sobotę spotkałyśmy sie z Kingą. Ki jest Absolutną Mistrzynią Kuchni. Kobietą z głową pełną pomysłów. Estetką. Anna skakała na trampolinie. No way!

Wieczorem A. poszedł na wesele, a my do sióstr N.na filozoficzny dyskurs.
Nocą piłyśmy campari (hihi...;) na poznańskim Rynku. I jadłyśmy zupę... i bakłażany. Spacerując przez Rynek trzymałyśmy się za ręce...zabijały nas spojrzenia przechodniów, czułam się coraz bardziej chora. Dobrze, że nie zostałyśmy nabite na pal za ten objaw przyjacielskiej znajomości... Polsko! Wyluzuj się :))))

Dziś,spacer po lesie oraz dramatyczne (:)) pożegnanie na dworcu...


Po co ja to wszystko opisałam? A po to żeby pamiętać. Zapisałam to właściwie dla siebie samej. Taka kronika, pamiętnik.
















Bardzo lubię to zdjęcie...

*****************************************

Pani Ela powiedziała w piątek: nie denerwuj się tak Lenka, bo stracisz głos. W sobotę rano mówiłam jeszcze ciut, dziś szepczę. Chciałabym nauczyć się spokoju w odniesieniu do niektórych, ważnych dla mnie osób, do jednej zwłaszcza. Podobno serce połączone jest z głosem. Wszystkie choroby gardła, krtani to tak naprawdę choroby serca. ...


Pięknie słońce zachodzi. Wlewa się takie ciepłe choć mam wrażenie, że martwe światło. Napawa mnie to smutkiem. Przywołuje wiele wspomnień. Jak często myślimy w takich chwilach o tym, że w domach naszych przyjaciół zachodzi to samo słońce, na plażach, na których kiedyś byliśmy z rodzicami jako dzieci, z kochankami jako młodziaki potem z własnymi dziećmi jako dorośli i znów z kochankami, żonami, mężami...; na szczytach, które kiedyś zdobyliśmy, w kawiarniach, w których kiedyś spędzaliśmy czas, w miastach, w lasach... to zachodzące słońce odbija się też w rzekach, przez które kiedyś przepływaliśmy...

Zapaliłam kadzidło z Menri... ogień wypali, wiatr rozwieje, woda obmyje...

Jak Raniewska, patrzę na sad, z którego wycinają ukochane drzewa...patrzę i oczom nie wierzę...


Czy w muzyce już wszystko się wydarzyło? Czy interpretacje i wykonania są powtarzalne i przewidywalne? Wciąż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że historia ( nie tylko muzyki) zatacza krąg. Zmienia się jedynie ilość i rodzaj instrumentarium, i medium. Właśnie... wokalista, muzyk powinien być medium. Jeśli pozbędzie się uwielbienia i zachwytu nad sobą zacznie spełniać swoją rolę: przekazywać tekst i muzykę w czystej formie. Wiadomo, że nie da się przefiltrować przez siebie sztuki jakiejkolwiek i nie zostawić na niej śladu swoich lęków i obaw, fascynacji i miłości... nie ma nawet w życiu takiej sytuacji. To o czym piszę, potraktowanie siebie jako pośrednika między autorami utworu, a odbiorcą jest sytuacją idealną. Sytuacje idealne nie istnieją. I to powoduje, że podejmujemy wyzwania. hmm...


Nie odebrałam dziś telefonu, bo nie mówię, wydaję jedynie jakieś parchate dźwięki, a każdy z nich kończy się świszczącym oddechem. W związku z tym, pomyślałam sobie, co by się stało gdyby okazało się, że nigdy już nie zaśpiewam? Wyrzuciłabym wszystkie ślady tego, że kiedykolwiek miałam głos. Tak postępuje się z każdą odchodzącą miłością. Wyrzuca się pamiątki. Zwykłam tego nie robić. Przeciwnie, magazynuję,namaszczam, układam i chowam namacalne dowody bytności emocji.


Zalałam imbir, dodałam cytryny i miodu. Podejmuję walkę ze sobą o siebie, o swój głos.


i na koniec...







nieme życzenie dobrej nocy wysyłam...