08-07-05

cisza...



Miałam zamiar poczytać książkę, ale bardzo boli mnie głowa. Tylko z jednej strony... kara za grzechy chyba...

Dziś sobie pomyślałam, że jestem koszmarną sentymenciarą. Popatrzyłam na karton, w którym są dziesiątki listów, zdjęć, pamiątek takich jak: kawałek kory, gałązka... Nie wiem nawet skąd, od kogo, kiedy... powinnam była katalogować te przedmioty, a nie bezmyślnie wrzucać do pudełka. A tak naprawdę w ogóle nie powinnam była tego magazynować. Teraz tylko mi głowa pęka od wspomnień. Jak ja się kurewsko przywiązuję do ludzi. Ci ludzie przychodzą, narobią zamieszania w moim życiu, wezmą co dla nich najlepsze i odchodzą udając, że nadal są. Potem znajduję jakieś listy, chusteczki, piosenki i świat zaczyna mi wirować. Powinnam teraz spotkać się z Morfeuszem i on powinien mi zaproponować połknięcie pastylki na zapomnienie.

Odkąd pamiętam zawsze tęskniłam za nie wiadomo czym, zwłaszcza jako dziecko, wciąż myślami byłam nie tak gdzie znajdowało się moje ciało. Rzadko odnajdywałam spokój. Cały czas marzyłam o podróżach, o miejscach, które kojarzyły się ze spełnieniem, o ludziach, z którymi czułabym się bezpiecznie i dobrze. Kiedyś znalazłam takie miejsce, właściwie dziś myślę sobie, że było ono spełnieniem moich marzeń, tych dziecinnych marzeń o niezwykłej przyjaźni, o spotkaniach przy winie, w przestrzeni, która napawała spokojem. Jest jednak coś takiego, że po to aby świat mógł się rozwijać, a ludzie mogli docenić to co mieli, muszą coś tracić. W zasadzie nie jest to "utrata", a raczej zmiana percepcji, postrzegania istoty obecności gdzieś z kimś.

I teraz zapalę papierosa... Ooooo... Samotność mi nie służy. Ja jestem typowym przykładem "samotności w tłumie", im więcej ludzi wokół tym ja się bardziej zamykam w sobie.

Zadaję sobie pytanie gdzie ja jestem? Do jakiego punktu dotarłam? Jak się nazywa kraina, którą zwiedzam? I wreszcie, czy droga, po której idę będzie do przejścia?

Kiedyś miałam dom. Było w nim dużo śmiechu. Wiele nadziei. Miałam dom, który był taki, o jakim marzyłam. Kiedyś byłam bardzo kochana. Kiedyś jadłam śniadanie w południe. Ale w końcu dorosłam. Nadal jestem kochana, tylko domu nie poznaję.


Teraz niepokoje są realne, są skutkiem nieprzemyślanych działań. Kosmos został wprawiony w ruch, kręci się z coraz większą siłą i w coraz szybszym tempie.

Dziś chciałabym myśleć tylko tym co jest, o tao. Nie wracać do przeszłości, nie myśleć o przyszłości. Poddać się chwili. Zwyczajnie iść dalej. Muzyka, muzyka, muzyka... I pozwolić sobie w końcu na uwolnienie od tego, co bardzo trzyma...

Żeby jednak optymistycznie zakończyć wieczór wkleję coś naprawdę absolutnie cudownego:




Dobrej nocy...