08-03-21

pochylam się nad Tybetem...

08-03-20

symbole•




nie mam nic pomarańczowego, ale kupię...np... chustę... albo zawiążę tasiemkę na dłoni. a propose noszenia czegokolwiek...zauważyłam ostatnio, a może zdałam sobie sprawę, że noszę symbole. nawet nie takie dosłowne ile ... symbole związku z osobami. Obrączka i pierścionek z brylantem (!:)) - Arek, bransoletka i dołączona do niej dłoń Fatimy z czerwonym oczkiem- Sylwia i Do, czerwony sznureczek tybetański- Radek. No i na stałe mam bliznę po cięciu cesarskim- Mania :).

Dołączam fotki. Oczywiście ze zdjęcia blizny zrezygnowałam. :)


coż... spokoju życzę i...dobrych ludzi na drodze...






08-03-18

o kwarte...o Szymonie B, o Masi.... 11:33

Ileż razy pisałam, że uwielbiam moich muzyków? Wiele, oj, wiele... Uwielbiam ich bardziej od wczoraj gdyż dostarczają mi wrażeń ponad miarę:))))). Od rana zanoszę się śmiechem jak przypomnę sobie, że wczoraj, podczas koncertu zagrali mi piosenkę o kwartę wyżej (!!!!). Niezły sprawdzian mojej i ich intuicji muzycznej i, cóż wiele mówić.. znajomości nas samych. Kolejny raz okazało się, że z Krzysztofem Dysem łączy mnie metafizyczny związek dusz.

Piszę po kawałku, każdego dnia coś dopisuję, innego kasuję i wynikiem tego są braki i zaległości.

Gdybym chciała napisać o wszystkim, co na sercu i umyśle mi leży nie skończyłabym do jutra. A jutro... a jutro będę miała kolejny dzień pełen dylematów (głównie muzycznych).

Przez to pisanie na raty gubię wątki.

Odwiedził mnie Szymon Brzóska. Kompozytor. Mój przyjaciel. To On napisał dla mnie pierwsze piosenki (pamiętam, że były do wierszy: Lipskiej, Baczyńskiego i Leśmiana :))). Mieliśmy 15 lat i graliśmy te utwory w Piwnicy pod Baranami. Było niesamowicie śmiesznie. Wciąż się kłóciliśmy. Mnie drażniła nadwrażliwość i użalanie się nad sobą Szymona (a drażnią nas, jak wiadomo cechy, które sami posiadamy:), a jego chyba denerwowała moja apodyktyczność. Jeszcze w liceum wysyłaliśmy do siebie długie listy. Byliśmy bardzo blisko, mentalnie. Potem Szymon skomponował dla mnie 9 utworów do wierszy Rainera Marii Rilke'go. Zagraliśmy raz jeden recital, który nosił tytuł "Co w usta wszeptuje". Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do tego materiału! Ba! jestem tego pewna. Poczyniłam już pewne konkretne kroki i w poniedziałek zaśpiewałam dwie z dziewięciu kopozycji "rilkowych". ... Dziś Szymon komponuje muzykę do filmów i współczesnego baletu. Mieszka w Antwerpii, chociaż z jego częstego przebywania w różnych miastach na świecie wnioskuję bardziej, że mieszka wszędzie. W maju wybieram się do Londynu, na premierę przedstawienia "Sutra", do którego muzykę napisał Szymon. "Sutra" to przedstawienie zainspirowane religijnymi księgami buddyjskimi. Jako główni wykonawcy wystąpią legendarni Mnisi z Shaolin. Szymon powiedział mi dzisiaj, że przedsięwzięcie ma charakter "spirytualny". Reżyserem i choreografem jest Sidi Larbi Cherkaoui. A tutaj krótki opis przeklejony z brytyjskiego site'a:



Sidi Larbi Cherkaoui takes a completely different direction with this brand new Sadler’s Wells production, which is inspired by the skill, strength and spirituality of Buddhist Shaolin Monks. He has collaborated closely with Antony Gormley who creates a constructed environment for the performers, employing light to dramatic effect. Polish composer Szymon Brzóska will also create a brand new score for piano, percussion and strings.

"As a child, Bruce Lee was a role model; not just the characters he portrayed, but the man himself and the world-view he embodied. When he spoke about martial arts, about drawing from nature, from elemental forces, it rang true. Through him, I delved deeper into Kung-Fu, to the Shaolin school of chan Buddhism. Later in life, as a choreographer and a dancer, I was inspired by the Shaolin understanding of movement, their complete identification with the living beings around them, and that remarkable ability to become the essence of a tiger, crane or snake"
Sidi Larbi Cherkaoui

By visiting the Shaolin Temple in China, and working with the Shaolin Monks over several months, Larbi follows a life-long interest by exploring the philosophy and faith behind the Shaolin tradition, its relationship with Kung-Fu, and its position within a contemporary context.

Dołączam kilka fotek, które Szymek wgrał mi do mojej Namaste. Oto Szymon, który zasnął podczas nagrywania muzyki.













Sidi Larbi Cherkaoui
















Próby





























Szymon Brzóska, kompozytor i mój zacny Przyjaciel :)















i może jeszcze... mnich
















Co by tu jeszcze... Huncwot.com , czyli mój mąż i jego "wspólnik" zrobili stronę, która mnie wzrusza i porusza... zapraszam serdecznie do oglądania: http://www.commonwealth.pl/


Poza tym... leci mi woda z nosa. Chora jestem.

Cóż więcej... w niedzielę moja Maniusia skończyła 2 latka. Ten czas tak szybko minął. Ostatni rok przeleciał w tempie szesnastkowym bądź dzielonym jeszcze bardziej. Pamiętam jak 2 lata temu oczekiwałam Jej narodzin. Tęskniłam za Nią, byłam Jej ciekawa. Pamiętam ten ból, który z każdą godziną przybliżał mnie do spotkania z Istotą, która jest częścią mnie samej. Pamiętam spokojny i miły głos anestezjologa, który przygotowywał mnie do cesarskiego cięcia. Położną, p. Marię Szafrańską, która po 15godzinnej walce o to aby Mania przyszła na świat drogą naturalną wspierała mnie całą swoją dobrocią. W Jej oczach była jakaś świętość.
Pamiętam bezradność Arka, który jedyne co mógł dla mnie zrobić to mocno trzymać moją dłoń (to było bardzo dużo). No i pierwszy płacz Masi, jej czółko słone, pokryte delikatnym meszkiem, zdziwione oczka. Nigdy nie chciałabym zapomnieć tego pierwszego spojrzenia. byłam bardzo szczęśliwa, potem bardzo przerażona, teraz... teraz czasem nie wiem co robić żeby być dobrą mamą. Chciałabym zawsze być dla Niej tak ważna jak teraz. Chciałabym żeby czuła moją w Nią wiarę, żeby wiedziała, że moja miłość do Niej jest bezwarunkowa i że wiem, że na miłość dziecka trzeba zasłużyć, nie wystarczy zapewnić byt materialny. Największe znaczenie ma zagwarantowanie poczucia godności, szacunku na końcu pozwolenie na bezbolesne oderwanie się od rodzicielki, bez poczucia winy... Chciałabym być mądra dla Niej, dla dwuletniej Marii Grety. Córeńko, taki muzyczny prezent dla Ciebie... Kocham Cię tak bardzo...




11:33.

11minut i 33sekundy, tyle trwają moje rozmowy z kimś dla mnie bardzo ważnym. Kolejny raz wyznaczył się czas... w rymie i rytmie... 11:33...



***

Dobrej nocy.....

08-03-10

niezwykle kulinarnie

Post z wczoraj, który się nie wkleił z przyczyn technicznych :)


Zacznę od tego, że żal mi ogromnie, że nie ośmieliłam się wyjąć aparatu i sfotografować wspaniałości, które pojawiły się na stole w sobotni wieczór spędzony w gronie drogich mi osób. Wszystkie cuda wyczarowała Ki. Mistrzyni kuchni wszelakiej! Wiedziałam, że gotowanie to sztuka, ale Kinga zamienia tę sztukę w magię. Ja nie wiem jak można wyczarować taką feerię doznań dla podniebienia. Wiedza, wyczucie, poczucie smaku, ale przede wszystkim zmysłowość autorki potraw (zmysł też) czynią każde spotkanie prawdziwą ucztą. Przecież każdy z nas stara się żeby, zapraszając gości, na stole pojawiły się jakieś potrawy, specialite de la maison. Dawniej był to bigos, śledzie. U mojej babci często pojawiało się ciasto, które uwielbiałam, a po którym za każdym razem było mi słabo, czyli: tzw. trójkolorowa pianka. No, nie wspomnę wszystkich schabowych, de volaille'ow, medalionów, pstrągów w galarecie, galantynek, szparagów w szynce, śledzi, ogórków... A teraz? Bogini! Prawdziwe cuda. Poproszę Ki aby wysłała mi listę potraw, które stawiała przed nami pół wieczoru. Marzeiem wszystkich, którzy skosztowali kiedykolwiek smakołyków przez Kingę przygotowanych jest aby w końcu otworzyła swoją restaurację! Ja będę tam zmywać naczynia i od czasu do czasu śpiewać. :)

Zaspokajaniu pragnień podniebienia towarzyszył pokaz zdjęć Radeczka, z wyprawy w Himalaje. Godne to było ukoronowanie doskonałej kolacji.

Cudownie jest spędzić czas w gronie osób, które cieszą się swoją obecnością.
-------------------------

A dziś miałam bardzo miły dzień. Byłam na krótkim acz sympatycznym spacerze. Na długiej i bardzo owocnej próbie. Teraz popijam doskonałe Porto. Mania śpi.
Zaraz zabieram za piosenki. Dużo pracy przede mną. W poniedziałek chcemy zagrać dwa nowe utwory. Troszkę muszę o nich pomyśleć.


Przydałaby się jakaś fotka albo filmik... O! znalazłam takie śmieszne zdjęcie, zupełnie niezwiązane z tematem, ale...rozbawiło mnie.

Od lewej, świetnie się bawią (to a propos miłych spotkań:): Magda Smalara, Monika Dryl, Jerzy Stanowski, Ja-nadęta :))), Kasia Dąbrowska, Jacek Zawada i Ola Bożek. Śmiesznie, śmiesznie :))


08-03-08

dużo dobrej energii :)))

08-03-07

*Agnieszka Osiecka*



















Zwykłam nazywać Ją "Kobietą mojego życia". Ona sama miała wiele "Kobiet swojego życia".
Agnieszka Osiecka dla mnie symbol kobiecości. Potrafiła być delikatna jak trawa, ale i silna i wręcz miażdżąca. Kochała bezkompromisowo. W uczuciach grała va banque.
Mówią "nieszczęśliwa". Myślę, że spełniona. Spragniona ludzi, towarzystwa, zabawy, miłości, szczęścia, nieszczęścia... Kobieta.
Zmarła 11 lat temu. Pamiętam, że wówczas również był to piątek. ...
"Być wciąż w podróży, w drodze pod wiatr"...


08-03-06

*

odszedł Gustaw Holoubek zacny człowiek, wybitny aktor... kończy się jakaś epoka...

*


08-03-03

byłam dziś w Paryżu czyli fałsz który stał się prawdą...

Niedawno wróciłam z próby do domu. Po drodze spotkałam Zbyszka Łowżyła, ubrany w smoking (ja miałam na sobie 3 bluzy, kurtkę i owinięta byłam chustą) z elegancką walizką podążał na pociąg. Przyznaję, ma klasę. Powiedział, że napisze dla mnie piosenki, ale do MOICH tekstów! Przemyślę. Propozycja kusząca. Bardzo kusząca. Niesamowicie! Swoją drogą... miło Zbyszku, że czytasz mojego bloga ;-). I dokąd Ty, tak pięknie ubrany, jechałeś? hm.

Ale, ale... lubię, bardzo lubię spędzać czas z Krzysiem Dysem. Lubię pić z nim kawę (jak dziś), rozmawiać (on rozumie mnie nawet wtedy gdy ja przestaję rozumieć samą siebie), uwielbiam sposób w jaki patrzy na życie, na Helenę, na Honoratę, lubię słuchać kiedy mówi o swojej Córeczce, o miłości do Helenki i Jej Mamy. Kiedy zaczyna mówić o muzyce odczuwam spokój, to tak, jakby ktoś mówił w języku, który jest nam najbliższy, jakby był pierwszą myślą, pierwszym zdaniem, o którym zapomnieliśmy. To wielkie szczęście obcować z tak niezywkłym człowiekiem.

Ale, ale... w piątek Krzysztof Dys nie może ze mną zagrać, więc zastąpi go Marcin Łosik. Zdecydowanie godny zastępca Krzysztofa. I choć Marcin zmusza mnie do obcowania z blokowiskiem, a tym samym do mierzenia się z moimi stanami lękowymi, które w takich miejscach mnie osaczają; choć czasem wypija moją herbatę; choć dzisiaj powiedział, że to, że nie przeżywam nieszczęścia z powodu zepsutego samochodu, to fałszywe poczucie komfortu... Mimo tych wielu "wad" Marcin ma też zalety: znamy się od tygodnia, a pracuje nam się doskonale, dużo rozmawiamy, no i najważniejsze: Marcin cudownie czuje to, co ja zamierzam zaśpiewać, postępuje zatem podobnie jak Krzyś nie wyprzedza wydarzeń, ale ma świadomość ładunku emocjonalnego, który zmienia się coż...jak pogoda... Myślę, że w piątek zagramy całkiem udany recital.

Dziś, przez chwilę byłam w Paryżu. Plusem zepsutego samochodu jest to że chce się chodzić pieszo. A ja lubię chodzić, spacerować... Idąc na próbę a chwilę wróciłam do Paryża przypomniały mi się czasy kiedy biegłam do szkoły o 8 rano, a wokół ludzie popijali kawę i czytali gazety. Lubiłam na nich patrzeć. Ich dzień dopiero się budził, spokojnie, bez pośpiechu. Przypomniałam sobie to uczucie wolności, zapach chłodnego, budzącego się dnia. Miałam na sobie tenisówki, ciężki plecak i zwykle za mało pieniędzy żeby móc usiąść tak, jak oni. Marzyłam, że jak dorosnę to będę też tak popijać kawę w cafe, zanim pójdę do pracy. Czy kawa przed próbą to spełnienie tego marzenia? Sprawdziłam to. Usiadłam. Zamówiłam capuccino. Zapaliłam papierosa. Wyobraziłam sobie, że wszyscy mówią po francusku (to nie było trudne, jak wróciłam z Francji to też myślałam, że nikt nie mówi po polsku). I... byłam w Paryżu... Tęsknię za tym miastem. Choć go nie lubię. Taka, sprzeczność komunikatów.

Dzisiaj też (wracając z próby) zastanawiałam się nad mnogością dźwięków. Nad muzycznością odgłosów. Nad decybelami, które mnie męczą. Nad wysokością dźwięków, które mnie niepokoją. Np. odczuwam fizyczny ból kiedy słyszę pracujący na wysokich obrotach odkurzacz (to śmieszne, ale ... tak mam :), kiedy wiruje pralka, kiedy samochód włącza klakson, kiedy jedzie karetka pogotowia, hamuje pociąg. Mierzi mnie dźwięk płynący z telewizora. Ilość słów, informacji, moja głowa cały czas analizuje każdy interwał. Wszystko, co wiem o muzyce oscyluje między intuicją, a doświadczaniem życia. Może dlatego moje śpiewanie "obok" dźwięków Krzysztof Dys nazywa "fałszem, który stał się prawdą" gdyż bywa, że świadomie śpiewam taką nutę, która łamie harmonię karygodnie. Śpiewam to, co wiem. ...

11 marca w Poznaniu zagra Brad Mehldau Trio. I to jest wydarzenie!

No i na koniec napiszę żeby nie było, że taki różowy dzień miałam ,że otarło się o mnie pół miasta. Nigdy nie pojadę tramwajem w godzinach szczytu, na Piątkowo. Koszmar! Ludzie się pchają, krzyczą na siebie. Jakiś Bałwan zaczepiał ciemnoskórego mężczyznę, tamten się zdenerwował i zaczął krzyczeć do Bałwana po angielsku (are you stupid? krzyczał). Bałwan nic nie zrozumiał. Odkrzyknął do Obcokrajowca: kurwa! i poszedł. Załamałam się. W tramwaju smród i brud. I ten tłok. Brak słów.

Tym akcentem Królewna Śnieżka kończy swój wywód wieczorny. :)

W prezencie Drum Machina (Łowżył, Novikow, Antkowiak)

08-03-02

* która mówi wiele...

Zaczynam powolutku umierać albo raczej zamierać. Czuję jak pętla zaciska mi się na szyi. Pętle czasu chyba. Miałam takie marzenie: "być wciąż w podróży". Kiedyś już pisałam, że spełniają się wszystkie moje marzenia... Całe szczęście, że mam dużą walizkę, bo jak wyjadę 18 marca to do domu wrócę chyba w połowie kwietnia. W między czasie będę wpadać żeby przepakować wspomnianą walizeczkę.

Spędzę kilka dni w Krakowie, Łodzi, Warszawie, Wrocławiu prawdopodobnie w Piszu (prawdopodobnie, bo termin grania jest mało sprzyjający).

A na święta pojadę do Karpacza. Posiedzę w świątyni Wang i będę zbierać myśli, i siły.

Jest we mnie jakiś stan niepokoju, ale i szczęścia.

Dużo pracy przede mną. Nie rozstaję się z tekstami kazachskimi ("Projekt Marysia"). Dużo o nich myślę. Czasem siadam, wyciągam je i czytam. Czasem czuję potrzebę "pobycia" z nimi. Wzięłam sobie do serca historię tej, wówczas młodej bardzo, kobiety. Dramat, który przeżywała. Cierpiała lecz ani na chwilę nie zwątpiła. Choć ten, którego kochała najbardziej zginął. Pięknie jest kochać prawdziwie. ... Cieszę się, że zaśpiewam coś, co napisała Kobieta. W dodatku mądra Kobieta. Ja, wciąż uczę się cierpliowści. ...

Jest taka mała pizzeria, w Poznaniu, na ul. Woźnej, w której mogłabym spędzić cały dzień. Nie dość, że jedzenie najlepsze na świecie, to jeszcze towarzystwo wyborne. Kiedy byłam w ciąży i dobierałam składniki eklektycznie, spełniane były wszystkie moje pragnienia. W zasadzie do dziś tak jest. To naprawdę magiczne miejsce na mapie Poznania. Kiedy tam wejdziecie, już od drzwi, oczaruje Was szczery uśmiech p. Eli. Luigi (najprawdziwszy włoski cukiernik!, którego ciasta i tiramisu są najcudowniejsze w galaktyce!!)) być może uraczy Was jakimś włoskim przebojem. Martusia, jeśli przyjdziecie z dzieckiem, chętnie przejdzie się z nim na spacer. Pai Hania pośpiewa zmywając naczynia... Jedyny "minus": zostaniecie prześwietleni na wylot, bo przed intuicją p. Eli nic się nie da ukryć! :). Ale...bez obaw...będzie Was wspierać z sił całych...
Aha, adres:): Pizzeria Da Luigi, Poznań, ul. Woźna 1. :).

Dziś zrobiłam porządki w domu (żeby zrobić porządki w głowie). Zapaliłam kadzidła. I oddycham.

Umarł mi samochód. Jutro będę chyba jeździć rowerem. Mam mnóstwo spraw do załatwienia. Próbę. Chciałam od Radeczka pożyczyć Hondę, ale mój zacny przyjaciel baluje w Jeleniej Górze...wrrrr... No i do mechanika muszę zawieźć car'a. ojjojjoj...

Jutro w Poznaniu zagra Tomasz Stańko. Nie mogę iść, bo mam próbę, ale żałuję, bo lubię bardzo.

Oj, no i cieszę się, że w końcu ktoś albo może raczej okoliczności wymusiły na mnie zaśpiewanie Kołysanki Rosemary Komedy. Cieszę się, bo marzyłam o tym utworze, a nie miałam śmiałości... :). 8 marca z rozkoszą zaśpiewam...

A teraz idę układać plan na najbliższe tygodnie, bo Maniulką ktoś musi się zając podczas moich "zawirowań" muzycznych.

Kochani Czytacze! Pozdrawiam Was gorąco i cóż... wierzcie, bądźcie cierpliwi i... sama nie wiem...szczęśliwi? :)

no i może jakaś muzyka albo fotka... szukam, szukam....

piękne... ks. Twardowski... bardzo mądry człowiek... Kayah... cudowna, AMJ perfekcyjna. Obie cudownie spontaniczne. No i Krzysztof Herdzin na pianie.... tyle. Motyle. :)