jaka biedniutka, ojjojjoj... hahahaha....
Ułożyłam przy fotelu książki i gazety, które w najbliższych dniach zamierzam przeczytać. Zrobiła się z tego całkiem spora wieża. Dołożyłam do niej zeszyt na piosenki (sic!), który dostałam od Arka.
Przyznaję, że ostatnio nie jestem zbyt "rozmowna".
Może powinnam napisać coś o premierze Procesu. O samym "Procesie" właściwie. O pięknej roli Kasi Dąbrowskiej. O Borysie Szycu (reżyser sprawił mi ogromną frajdę dając Szycowi szansę żeby nie pajacował)gdyż to bardzo zdolny człowiek. Może powinnam napisać o koncercie w Krakowie, o tym, jak "pozbyłam" się większości zespołu na próbie, ceniąc sobie nadal zasadę "przez minimum do maksimum". Może powinnam napisać o kawie z Michałem Rogackim, o wieczorze w Lochu Camelot, o spotkaniu z ładą Gorpienko, L. Moczulskim i Jego żoną, o pani "Rubinstein", na której koszt popijałam mojito (bo koncert Jej się podobał... miło...bardzo miło...), w związku z tym nie napiszę o tym, że o 13 byłam pijaniusieńka... Nie wspomnę też o spacerze po Parku Łazienkowskim w niedzielny poranek, o śniadaniu w Cafe Radio, o zupie rybnej w tajskiej restauracji, w towarzystwie Przemysława Salety (sic! again:)), no i o koncercie w Trójce również nie napiszę nic! Nic!!! A to dlatego, że czas, który upłynął odarł mnie z autentyczności przeżywania tego, co się wydarzyło, kolejny raz.
Może powinnam napisać o wydarzeniu samym w sobie, czyli o PPA we Wrocławiu. O Ani Smołowik, która była moją Faworytką. Pięknie prawdziwa, autentyczna, szczera, przy tym wszystkim profesjonalna... Taka Ania... Z pewnością napiszę, kolejny raz, o tym, że moi muzycy, to chłopaki na medal, Janek B. też Zuch i Chwat! Nie dość, że grają pięknie, to jeszcze opieka i troska jaką mnie otaczają wzrusza mnie cały czas. Miłó jest być jedyną kobietą w zespole.
A oto Ania Smołowik...mam nadzieję, że się nie pogniewa o tę fotkę...przecież śliczna...można powiedzieć, że to taki protest! :)

Przy okazji chciałabym wspomnieć, że jam session, w Ośrodku, przy teatrze Capitol, w wykonaniu głównie L. Możdżera i muzyków pozbieranych z "całej wsi", zaczarowało mi noc... do rana...
Jutro bardzo chciałabym pójść do Blue Note'a. O 20:00 Zbyszek Łowżył dyryguje jakąś pokręconą orkiestrą. Bardzo chciałabym prztoczyć słowa jakimi mnie na jutrzejszy kocert zapraszał, ale jakoś się zaczerwieniłam...i,niestety, z góry uprzedzam, że cienia erotyki w tym zapraszaniu nie było, raczej szorstka, męska realność....czy jakoś jak... Agnieszka Ł. śmieje się, że za każdym razem gdy dosiada się do stolika, przy którym, od dłuższego już czasu rozmawiam z Łowżyłem, to odnosi wrażenie,jakby dosiadła się do jakiejś filmowej pary... Michael Duglas i Sharon Stone... to świadczyć może o poziomie abstrakcji naszej konwersacji...
Oh...nie mogę zapomnieć o wieczorze szamańskim, którym uraczyła nas Joanna N. W piątkową noc lepiłyśmy, my-czarownice-białą magią się pałające, serca z wosku... noszę je teraz przy lewej piersi, w staniku, na noc kładę pod poduszkę, a co piątek namaszczam olejkiem cytrynowym i wystawiam na chwilę na światło... i tak przez 52tygodnie...
Ponad to... jestem wycieńczona. Przepraszam Wszystkich tych,ok których telefonów nie odbieram. Samej sobie zadaję pytanie: dlaczego?
Moja córeczka jest cudowna i od jakiegoś czasu autentycznie napawa mnie radością fakt, że mam córkę, że jestem mamą... to już coś :). Dziś Mania na placu zabaw śpiewała "we will, we will rock you" ...uwielbiam ją. A w niedzielę, podczas koncertu charytatywnego, biegała i śpiewała "jestem kamieniem"!!!!!! Jestem Jej bardzo ciekawa, kim będzie, jaką drogą pójdzie. Póki co możliwości jest wiele. Może być performerką, to wnioskuję po tym, że zakłada skarpetę na dłoń i gra nią na gitarze, wymyślając i komponując na poczekaniu krótki, acz treściwy utwór muzyczny...zatem...może też być muzykiem, kompozytorką, wokalistką... ale kiedy pięknie podnosi nogę i wygina w łuk mówiąc przy tym "demi plie" (choć to nie to:)), to myślę sobie, że może jakąś primabaleriną zostanie... Będzie kim ma być (za tą myśl Budyści by mnie pochwalili:))
Chciałabym coś mądrego o muzyce napisać, coś, co byłoby nadzieją dla mnie samej, ale ostatnio jakiś kryzys w tej materii przechodzę. Chyba brakuje mi jakiejś ewidentnie świeżej formy. Zapętliłam się w tych tekstach, nieswoich, w których odnajduję prawdy o sobie może ze dwa zdania. Z drugiej strony obnażenie siebie w, możliwe, że kiepskich, grafomańskich, tekstach, jest ryzykowne, ale bardzo pociągające...
Bardzo chciałabym coś napisać o dobrych Ludziach, którzy tak bardzo o mnie dbają, którzy są, na których mogę liczyć, a i Oni mogą liczyć na mnie... w takiej chwili Mirek Kamiński, perkusista, przeprowadziłby ze mną taki dialog:
Ja (do muzyków, których uwielbiam:)): Jak ja się cieszę, że pracuję z tak wspaniałymi muzykami... (i tutaj wzruszam się do łez, robię się rococowo kiczowata... dramatycznie jest...)
Mirek: Jaka szkoda, że Ci muzycy dziś nie mogli z Tobą przyjechać, ale następnym razem się uda.
Wszyscy leżą pod stołem i kulają się ze śmiechu. Ja mam minę wygłupioną i całe zdarzenie kwituję krótkim: uwielbiam Was. Hahahaha...

Wciąż zerkam na stos książek i artykułów, które wypatrują mnie tęsknym wzrokiem...ja im tę tęsknotę odwzajemniam...zatem... zatem...
Chyba...dobrej nocy... *
PS. Chciałam pozdrowić Sebastiana W. ! O!