08-06-21

Matka-Polka-Matka-Pomnik




Do obłędu doprowadza mnie świadomość, że całe mnóstwo Kobiet w imię powielania schematu i przymusowi (nawet nieświadomemu!) sprostania wizerunkowi tzw. Matki-Polki rezygnuje z siebie, ze swoich marzeń, pragnień. Jeśli wychodzi z domu to poczucie winy ciąży na Niej tak bardzo, że wino, na które umówiła się z przyjaciółką, z trudem przepływa przez gardło. Siedząc w kinie Matka-Polka myślami jest przy dziecku, przy mężu, czując się oczywiście winna i jednocześnie dozgonnie wdzięczna wobec swojego mężczyzny, że jest tak wspaniałomyślny, iż zechciał zostać w domu z potomstwem... Istnieje też znacznie bardziej "zaangażowana" postawa Matki-Polki: w domu posprzątane, pranie uprane, dzieci warkoczyki zaplecione, mąż obsłużony, obiad dwudaniowy na stole, ciasto w piekarniku, Ona piękna i uśmiechnięta...to nic, że wszystko w Niej pęka...Ona jest jak z obrazka i tylko czasem nakrzyczy, uderzy, trzaśnie drzwiami...tylko czasem...

Dziś byłam z Manią, moją córeńką, na tzw. "garden party". Bawiłyśmy się cudnie. Mania biegała z dziećmi, rozmawiała z gośćmi, kiedy do Niej podeszłam, chciałam pogadać, Ona powiedziała: Mamo, idź sobie, bo przeszkadzasz! Serce Matki pękło! Moja Matka-Polka, która czasem się odzywa zaszlochała i ze spuszczoną głową oddaliła się. Mania bawiła się przepysznie. ... idź sobie, bo przeszkadzasz... hmmm....

Mania jest najwspanialszą osobą jaką znam. Ma w sobie spokój, za który Ją podziwiam. Jest w Niej dobro, które obezwładnia. Skupia na sobie uwagę ludzi. Obcowanie z Nią to radość i...takie troszkę, obcowanie ze świętością... Mania nie mam mamy Matki-Polki, choć poświęcam Jej bardzo dużo czasu. Nie o czas chyba tutaj jednak chodzi, a o sposób w jaki matka wykorzystuje te cenne godziny spędzone z dzieckiem. Mania prowadzi może dziwniejsze życie niż jej rówieśnicy, chodzi na próby, na koncerty, na przyjęcia, na spotkania, do restauracji, na kawki, poznaje wspaniałych ludzi, bywa, że dotyka legendy, skrawka historii. Może nie ma uprasowanych bluzeczek, czasem umorusaną buźkę, potargane włosy i plamę na kołnierzyku, może czasem nie podoba Jej się, że mama wyjeżdża, ale kiedy słucham jak śpiewa, kiedy widzę jak rozmawia z ludźmi, kiedy dotyka instrumentów, myślę sobie, że moja Matka-Polka spokojnie może wyjechać w podróż, może odsapnąć, bo nie jest nam potrzebna, Mania dorasta w szczęściu...

Drogie Mamy... bądźcie dobre także dla siebie, wtedy na pewno będziecie dobre dla Waszych Dzieci!!!

08-06-17

kobiece spojrzenie...

wkleję kilka zdjęć, które zrobiła mi Kasia... różnią się bardzo od fotek wykonanych przez mężczyzn... jednak...kobieta patrząca na kobietę to zupełnie inna historia...






MAGA

zawsze chciałam opisać historię Magi. Czasochłonne to zajęcie... może się uda...


strona pierwsza



Przy narodzinach dano Jej na imię Maga. Jej kruczoczarne włosy i błękitno-zielone oczy sprawiały, że więcej miała z wiedźmy niż anioła, z którym zwykło się utożsamiać noworodki. Spoglądała na świat z taką przenikliwością jakby natychmiast chciała posiąść wszystkie zasady jakimi on się rządzi.

Matka Magi często przez Nią płakała, właściwie nie "przez Nią", a z własnej niewiedzy i bezsilności, nie zdawała sobie bowiem sprawy, że Jej córka to wcelenie Światłości. Nie miała pojęcia, że ma do czynienia z Istotą, nie z Człowiekiem. Maga przyszła na świat latem. Jej matka nigdy nie wspominała czy dzień był ładny, ciepły, upalny, a może duszny, wilgotny, deszczowy, mglisty... Nie mówiła o tym czy Maga była dzieckiem wyczekiwanym, czy przyniosła radość, czy była spełnieniem młodej kobiety... wiele natomiast słyszała o rozdzierającym bólu, o pękającej kości łónowej, o strumieniu krwi i krzykach lekarzy. Kiedy się urodziła nie oddychała. Na głowie miała worek owodniowy, urodziła się w czepku...symbolu szczęścia... Matka miała największy wpływ na Jej życie, choć nigdy mentalnie w nim nie uczestniczyła. Raczej ograniczała się do profilaktyki: ubrać, nakarmić, umyć, wyczyścić zęby... Prawdziwe życie Magi było dla niej niedostępne. Nie dlatego, że córka nie chciała wtajemniczyć matki, po prostu... dzieliła je wiedza jednej i niewiedza drugiej... wiedza Magi była przerażająca..

Maga była dzieckiem żywym, działającym chaotycznie, jakby kierowała Nią jedynie intuicja niezbornie połączona z wiedzą jaką Maga na temat świata posiadła w chwili narodzin. Kreowała rzeczywistość według sobie tylkoj znanych zasad. Miało się wrażenie, że od początku była samodzielną jednostką. Nie pozwalała na podporządkowanie siebie regułom i zasadom. Nie była buntowniczką... przeciwnie, naturę miała raczej spolegliwą, ciążyła na Niej historia...

Dzieci śmiały się z jej dziwnego imienia. Ona też nie czuła się z nim komfortowo, zwłaszcza gdy zaczęła w szkole poznawać historię świata, jej imię od razu nasuwało skojarzenie z czarownicami. Maga żyła w XXI wieku, nie w Średniowieczu...dlaczego jednak czuła podświadomie ogromną więź z tymi bezczelnie oświeconymi Kobietami palonymi na stosie?

To pytanie zostało uśpione na długi czas Ona sama nie pamiętała nawet, że kiedy miała 5 lat nieświadomie podpaliła psa ciotki tylko dlatego, że nazywał się Inkwizytor, poczuła w sobie chęć zemsty...za co? :))))

Nie zapamiętała też, że prawie usunięto Ją ze szkoły za to, że pięścią uderzyła w stół po tym jak nauczyciel religii zacytował Piusa II: „Gdy widzisz kobietę, myśl, że to diabeł! Jest ona rodzajem piekła”...

Każdej nocy śniło Jej się to samo... Kat związuje Jej dłonie ścina włosy i umieszcza na drabinie. Oblewa jej głowę alkoholem i podpala,Jej włosy wypalają się do cebulek. Następnie mężczyzna w habicie umieszcza siarkę pod Jej ramionami i na plecach po czym obejmuje płomieniem. nie pozwala spłonąć do końca... Związuje jej dłonie ponownie tym razem za plecami i podciąga do góry, pod sufit. Pozostawia tak na parę godzin. Wychodzi. Po powrocie oblewa alkoholem jej plecy i podpala. Miażdży Jej kciuki i duże palce u stóp, przywiązuje Jej ramiona do kija i w tej pozycji trzyma Ją zawieszoną przez kwadrans aż kilkakrotnie mdleje... Ona mdleje naprawdę, nie tylko we śnie...


CDN...




Dobrej nocy...

08-06-12

dzieciństwo...





Dzieciństwo kojarzy mi się z letnim wieczorem. Dużo dusznego powietrza i świerszcze za oknem. Taki abstrakcyjny, sensoryczny obraz noszę w sercu.

Dzieciństwo kojarzy mi się z przechowywaną przez jedną z "podwórkowych koleżanek" szkatułeczką. W malutkim, eleganckim pudełeczku znajdowały się wszystkie skarby dziewczęcego świata. A były to rzeczy cenne i najpiękniejsze: opakowanie owocowych gum do żucia, historyjki z gumy Donald, sreberko i pudełeczko po czekoladzie przywiezionej podobno aż z Ameryki! Oprócz tego mnóstwo, świecidełek i różnorodnych drobiazgów, które dzisiaj nazwałabym kiczem.


Dzieciństwo kojarzy mi się z upalną nocą sierpniową, kiedy to ciszę przeszywało nieustające wycie strażackich syren. W powietrzu unosił się zapach palonych upałem domów. Siedzieliśmy wszyscy w pokoju. Było ciemno. Jedliśmy świeżo upieczony przez Babcię, placek drożdżowy ze śliwkami, a cisza między nami była tak straszna, że aż bezpieczna...

Dzieciństwo kojarzy mi się z Babcią i Dziadkiem, z czułością jaką sobie okazywali. Z tańcami do rana. Ze smakiem pomidorów, cebulki, koperku i ogórków małosolnych. Ze spełnianiem marzeń. Z miłością.

Dzieciństwo kojarzy mi się Prababcią, która całe życie czekała na męża nie wierząc, że zginął na wojnie. Wieczorami opowiadała historie o zabitych w lasach partyzantach, o małych Niemcach topionych przez polskie dzieci. Widziałam jak zakleja koperty adresowane do Czerwonego Krzyża i jak dostaje odpowiedź: Bolesław Hajdasz- nieodnaleziony. opowiadała, że kiedy w 1939 roku Jej mąż poszedł na wojnę i kiedy nie było żadnych wieści od niego, nocą ktoś zapukał do okna. był to stryj. Miał przestrzeloną głowę i zranione udo. Był zjawą. Pokazał jej młodego chłopca myślącego o dziecku, które niebawem miało się urodzić i o pięknej żonie, której zdjęcie trzymał blisko serca.

Dzieciństwo kojarzy mi się z zatapianiem się w skrzydła ramion ukochanego Dziadka, z jego pochyloną nad moim łóżeczkiem głową kiedy całuje swoją Lalunię na "dobranoc", w nosek, bo przecież nie można zasypiać w gniewie, ani niedopowiedzeniach i zawsze należy przed snem okazać bliskim zrozumienie i wybaczyć co złe, na wypadek, gdyby nigdy więcej miało się ich nie zobaczyć.

Dzieciństwo kojarzy mi się z placem zabaw, świeżymi pączkami, oranżadą, plastrami na kolanach, strzałkami rysowanymi na drodze, choć nie były to drogowskazy na resztę życia...

Dzieciństwo to czas spędzony w Szamotułach, w najbezpieczniejszym z domów, u Babci Basi i Dziadka Piotra.

Kiedy parę lat temu Dziadek odchodził, a wraz z Nim jakaś część mojego dzieciństwa, zdałam sobie sprawę, że właśnie w tej chwili przenikają się nasze życia, że nie można być bliżej z drugim człowiekiem niż w chwili jego narodzin i śmierci. Wówczas, szczęście, że się kochało mieszało się we mnie z rozpaczą. Cały czas myślę o tym jak bardzo by się cieszył, że mam taką wspaniałą córeńkę, mądrego męża. Kiedy się żegnaliśmy prosił żebym była szczęśliwa.

Teraz siadam z Babcią w pokoju przesyconym zapachem przeszłości,przy stole, który wchłonął niedzielny gwar. Przede mną, a za Nią całe życie. Czasem, nie mówiąc sobie o tym uciekamy do chwil kiedy byłyśmy małymi dziewczynkami...

Życie kojarzy mi się z przenikaniem wspomnień do rzeczywistości, z nieustannym pragnieniem dziecięcej wolności i beztroski, z poc
zuciem, że:

ZAWSZE WIĘCEJ JEST TEGO CO MOŻNA ZACZĄĆ, NIŻ TEGO CO WŁAŚNIE SIĘ KOŃCZY!


Oto kochani moi..

1. Bolesław Hajdasz nie poznał nawet swojej córeczki, to jedyne Jego zdjęcie jakie zostało.
2. Helena Thiel-Hajdasz moja Prababka. Kobieta, która całe życie była wierna pierwszej miłości. Silny charakter w połączeniu z ogromną samotnością. Medium.
3. Moja ukochana Babcia i Dziadziuś, i ja... na wakacjach...






08-06-09

ku pamięci... fotki z gościny u Stacey..

tak mi sie przypomniało, że miałam wkleić...








08-06-08

w "wiśniowym sadzie"...

Pojechałam po Nią na dworzec w piżamie. Nie założyłam okularów i pomyliłam Ją z kimś innym. Kręciłam nerwowo głową na wszystkie strony. W końcu wysiadła z walizką, w której zmieściłyby się rzeczy na miesięczną podróż...może nawet na całe życie. Ucieszyłam się. .... Przyjechała Raniewska, Renata albo Zina, Idalia, Rachela... czyli aktorka rozbrajająco śmieszna,wzruszająca ale i śmiertelnie poważna: Anna Smołowik!


Wypiłyśmy morze wina. Szczerze mówiąc poszliśmy spać nad ranem. Opowiedziałyśmy sobie historie smutne i radosne. Ania zaśpiewała piosenki, które lubię. Nawet A. bardzo się ucieszył z Jej wizyty. Od razu się zaprzyjaźnili.

W piątek zawiozłam Annę na przesłuchanie do teatru, a ja poszłam z Manią do parku. Po godzinie zadzwoniła. Komentarz: "Byli za bardzo zachwyceni". Myślałam, że się przesłyszałam:/.
Ale miałam "poważny" problem: zepsuły mi się japonki-benettonki...nosiłam je chyba 4 lata i nagle, w środku miasta - klops... Kupiłam sobie w zastępstwie szmaciane buciki, bardzo seksowne, czerwone w wisienki za 9,90! Piękne... Uraczyłam Anię obiadem u Luigiego... pysznie było. A wieczorem poszłyśmy do sióstr N. I znów wino, wino, rozmowy, rozmowy, piosenki, rozmowy, wino, herbata, kadzidła, rozmowy, wino, wino, kadzidła, czerwone świece, modlitewne flagi...dobra myśl wysłana w kosmos w intencji Kogoś kto tego potrzebuje...imię zapisane na rytualnej karcie, białej karcie, żeby myśl czystą była, choć biel to "piąty element"... niech się ta intencja spokoju spełni...

Kiedy wracaliśmy (towarzyszył nam Roman A.)było już jasno. Ptaki zaczynały śpiewać. Spacerowaliśmy ulicami. Oprócz nas nie było na nich nikogo. Żaden samochód nas nie minął. Weszłyśmy do domu o postanowiłyśmy zjeść śniadanie, obejrzałyśmy głupie filmy na youtube, posłuchaliśmy smutnych piosenek i poszłyśmy spać, na godzinę.

Maniusia Anię pokochała. Wciąż obdarzała Ją pocałunkami. Lepiły kwiatki z ciastoliny. Czytały bajki, śpiewały piosenki z Króla Lwa, robiły sobie zdjęcia, a ja przyjęłam rolę Matki Polki i krzątałam się po domu.

W sobotę spotkałyśmy sie z Kingą. Ki jest Absolutną Mistrzynią Kuchni. Kobietą z głową pełną pomysłów. Estetką. Anna skakała na trampolinie. No way!

Wieczorem A. poszedł na wesele, a my do sióstr N.na filozoficzny dyskurs.
Nocą piłyśmy campari (hihi...;) na poznańskim Rynku. I jadłyśmy zupę... i bakłażany. Spacerując przez Rynek trzymałyśmy się za ręce...zabijały nas spojrzenia przechodniów, czułam się coraz bardziej chora. Dobrze, że nie zostałyśmy nabite na pal za ten objaw przyjacielskiej znajomości... Polsko! Wyluzuj się :))))

Dziś,spacer po lesie oraz dramatyczne (:)) pożegnanie na dworcu...


Po co ja to wszystko opisałam? A po to żeby pamiętać. Zapisałam to właściwie dla siebie samej. Taka kronika, pamiętnik.
















Bardzo lubię to zdjęcie...

*****************************************

Pani Ela powiedziała w piątek: nie denerwuj się tak Lenka, bo stracisz głos. W sobotę rano mówiłam jeszcze ciut, dziś szepczę. Chciałabym nauczyć się spokoju w odniesieniu do niektórych, ważnych dla mnie osób, do jednej zwłaszcza. Podobno serce połączone jest z głosem. Wszystkie choroby gardła, krtani to tak naprawdę choroby serca. ...


Pięknie słońce zachodzi. Wlewa się takie ciepłe choć mam wrażenie, że martwe światło. Napawa mnie to smutkiem. Przywołuje wiele wspomnień. Jak często myślimy w takich chwilach o tym, że w domach naszych przyjaciół zachodzi to samo słońce, na plażach, na których kiedyś byliśmy z rodzicami jako dzieci, z kochankami jako młodziaki potem z własnymi dziećmi jako dorośli i znów z kochankami, żonami, mężami...; na szczytach, które kiedyś zdobyliśmy, w kawiarniach, w których kiedyś spędzaliśmy czas, w miastach, w lasach... to zachodzące słońce odbija się też w rzekach, przez które kiedyś przepływaliśmy...

Zapaliłam kadzidło z Menri... ogień wypali, wiatr rozwieje, woda obmyje...

Jak Raniewska, patrzę na sad, z którego wycinają ukochane drzewa...patrzę i oczom nie wierzę...


Czy w muzyce już wszystko się wydarzyło? Czy interpretacje i wykonania są powtarzalne i przewidywalne? Wciąż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że historia ( nie tylko muzyki) zatacza krąg. Zmienia się jedynie ilość i rodzaj instrumentarium, i medium. Właśnie... wokalista, muzyk powinien być medium. Jeśli pozbędzie się uwielbienia i zachwytu nad sobą zacznie spełniać swoją rolę: przekazywać tekst i muzykę w czystej formie. Wiadomo, że nie da się przefiltrować przez siebie sztuki jakiejkolwiek i nie zostawić na niej śladu swoich lęków i obaw, fascynacji i miłości... nie ma nawet w życiu takiej sytuacji. To o czym piszę, potraktowanie siebie jako pośrednika między autorami utworu, a odbiorcą jest sytuacją idealną. Sytuacje idealne nie istnieją. I to powoduje, że podejmujemy wyzwania. hmm...


Nie odebrałam dziś telefonu, bo nie mówię, wydaję jedynie jakieś parchate dźwięki, a każdy z nich kończy się świszczącym oddechem. W związku z tym, pomyślałam sobie, co by się stało gdyby okazało się, że nigdy już nie zaśpiewam? Wyrzuciłabym wszystkie ślady tego, że kiedykolwiek miałam głos. Tak postępuje się z każdą odchodzącą miłością. Wyrzuca się pamiątki. Zwykłam tego nie robić. Przeciwnie, magazynuję,namaszczam, układam i chowam namacalne dowody bytności emocji.


Zalałam imbir, dodałam cytryny i miodu. Podejmuję walkę ze sobą o siebie, o swój głos.


i na koniec...







nieme życzenie dobrej nocy wysyłam...

08-06-05

wielka miłość...

podjadając avocado z tuńczykiem zastanawiam się nad istotą tzw "wielkiej miłości". czy aby na pewno wpisany jest w nią dramat i rozpacz? przemierzając historię miłosnych uniesień można by tak sądzić. patrząc na Anny Kereniny, Julie, Heloizy, Izoldy (dlaczego wymieniłam tylko kobiety?...) odnosi się wrażenie, że bez tragedii miłości nie było, ba! bez śmierci i bolesnego rozstania nie można mówić o tym, że naprawdę się kochało! Stanisław Baliński napisał: "nie ma, nie ma prawdziwej miłości bez rozstania". a ja, żując tego nieszczęsnego tuńczyka (może on kogoś bardzo kochał, jakąś piękną i namiętną miłością, ale go porwano w sieć, zabito , a gdzieś jakaś pani Tuńczykowa łzy wylewa..hmmm...) myślę sobie, że być może tzw. "wielka miłość" to po prostu ocean cierpliwości... o, i tyle... :)

biegnę z Maniusią do parku...pięknie tam rano...


to może po tych rozważaniach... Romeo i Julia - F. Zaffirellego






Miłego dnia!!!

08-06-04

Londyńska sutra w deszczu spływa...

Dziś miałam nie pić, tymczasem kolejny raz przechodząc obok ginji postanowiłam się skusić i nalać sobie kieliszek (niech się diabeł cieszy!). A. w Warszawie. Ja chora. Jutro przyjedzie Ania Smołowik i mam nadzieję, że jej towarzystwo podziała na mnie uzdrawiająco... na pewno... zostanie kilka dni, więc minie mi ten katar, ból głowy i inne takie schorzenia... a jeśli Anię przyjmą do Teatru Nowego to już zupełnie (jak Ona to zwykła mawiać) pysznie będzie :). W piątek zaciągnę Ją na wieczór szamański do sióstr N. które szczerze uwielbiam... Póki co z nosa leci mi woda...okropnie to denerwujące...i ten szum w głowie...


Ale, ale... londyńsko miało być... Cóż, zostawiłam tam Radeczka, mojego Przyjaciela zacnego, ze łzami w oczach się żegnaliśmy. Przed chwilą napisał sms'a, który wskazuje na to, że życie mu się pięknie ułoży i ja się cieszę...

Jakoś mnie miasta nie wzruszają. Mało co mnie ostatnio specjalnie wzrusza. No, ludzie mnie wzruszają. Relacje międzyludzkie są w stanie mną zawładnąć, ale miejsca już nie, a może chwilowo nie. Ja naprawdę nie rozumiem dlaczego Ci biedni turyści chodzą po tzw centrum! Wszak w Angel jest piękniej, Nothing Hill...cudo... Po diabła tłoczyć się na Carnaby Street? Nie wiem, nie wiem i się nie dowiem...

Dominika przyjęła nas z otwartymi ramionami w swoim domostwie na Leonard road. Cicho, spokojnie, ślicznie, magicznie... No i Dominika urocza, dobra i miła Kobieta... DZIĘKI!

Odwiedziliśmy kilka klubów. Przetańczyliśmy dwie noce. Przebiegliśmy się po Tate dwa razy. Poleżeliśmy na trawie. Obejrzeliśmy przedstawienie..i o tym teraz będzie...


Na początek może kilka recenzji:

The Times:
http://entertainment.timesonline.co.uk/tol/arts_and_entertainment/stage/dance/article4028097.ece

The Guardian
http://arts.guardian.co.uk/theatre/dance/reviews/story/0,,2283031,00.html


A teraz moje skromne zdanie:)

Rzadko zdarza mi się płakać w teatrze. W teatrze tańca nigdy dotąd. Tym razem łzy w oczach miałam przez całe przedstawienie. Nie wiem sama czy problem miotania się człowieka z własnymi myślami, wadzącego się z Bogiem i pytającego o sens istnienia, trafił idealnie w moment, w którym wówczas się znalazłam, czy może wzruszył mnie fakt, że mam do czynienia nie z udawanymi, odegranymi buddystami,mnichami z Szaolin, tylko z najprawdziwszą legendą, legendą, która nie spełnia kryteriów "legendy". Może poruszyła mnie ubogość scenografii, która była jednocześnie atrybutem tancerzy. Raz domem, innym razem trumną, górą, niebem, ziemią, więzieniem... A może, zwyczajnie, wszystkie te elementy mnie urzekły, jeśli do tego dodam muzykę Szymona Brzóski, mojego Przyjaciela, który był jednocześnie wykonawcą swoich utworów, to wzruszenie sięga zenitu. Kiedy, podczas owacji na stojąco, Szymon wyszedł z całym zespołem na scenę, byłam w euforii. Wciąż widzę go jak miał te 14 lat i jechaliśmy razem do Krakowa, jak chorował przed koncertami, jak pisał mi piękne piosenki... a teraz oklaskują Jego muzykę w teatrze...spełniło się Jego marzenie...pięknie...

Jest przecież tak, że bliskim nam osobom życzymy jak najlepiej. Dla tych najbliższych jesteśmy w stanie wiele poświęcić, jesteśmy w stanie wyrzec się siebie, dla Ich szczęścia. Dla Ich spokoju... Wiele refleksji miałam podczas przeżywania Sutry. i tak naprawdę, wniosek mam jeden: tak się miotamy, całe życie toczymy walki, a naprawdę wcale nie musimy tego wszystkiego robić, bo spokojem serca porządkujemy świat, nasz świat. Jak to pisał ks. Twardowski: "nie ma na Ziemi sytuacji bez wyjścia"... No bo nie ma. Wystarczy ufać, wierzyć w to, że świat nie chce nam zrobić na złość, to my chcemy sobie się sprzeciwić...po co?

Nadszedł czas kiedy coś należałoby podsumować, jakiś rozdział zamknąć, najlepiej ten związany z dokonaniami muzycznymi. Czyli...nagrać płytę. Może się zatem okazać, że wszystkie dotychczasowe rozterki to pryszcz w porównaniu z realizacją swojego ego muzycznego...

Chyba pójdę spać skoro jutro czeka mnie poranne odgruzowywanie mieszkania z okazji odwiedzin Anny S. Zakupy, bo kolację zrobić chciałabym, wino, owoce morza :)... Obowiązkowa wizyta w parku i spotkanie z Kajetanem i jego mamą Olą (Kajetan to miłość Maniusi :). Jutro powinnam też wykonać kilka telefonów ale pewnie tego nie zrobię... i nie jest mi z tym źle...

I tak, jako dygresję dodam, że chciałabym umieć ocalać związki ocalenia warte, być ostrożną, nie dać się ponosić emocjom... właśnie...mieć spokój w sercu...


No to może całkiem poważne fotki z Londku:

1. Takie tam... radeczkowe...
2. Portobello
3. Przyjaźń
4. Organic food...bleeee
5. śmiesznie
6. sama nie wiem...
7. rasta...
8. brzydki ten palac Królowej
9. Z Dominisią :*
10. Kobieta Kot w tle
11. Radzio wpatrzony w dal
12. przed teatrem...głupia mina
13. przed teatrem widownia
14. w Sadler's Wells
15. Szymon Brzóska i Olga Wojciechowska (skrzypaczka)
16. a tak wyglądają ajprawdziwsi Mnisi z Szaolin! +Szymo +Ja rozmazana
17. papierosek: Marek, Szyon, Olga, Radzio
18. śniadanie na trawie
19. Dominika
































































































































Tyle. Motyle.

Dobranoc.

08-06-02

"cierpiętnica" aferzystka i złośnica... "Lena Doce służącą Królowej "

na początek krótka historia z obrazkami pt. "Lena Doce postanawia zostać służącą Elki".

Lena Doce postanowiła pojechać "za chlebem" tam, gdzie udaje się znakomita część spragnionych sukcesu Polaków...czyli do Londynu (zwanego również na polską modłę: Londek Zdrój). Myślała o pracy modelki, aktork, piosenkarki... Jednak z dnia na dzień było coraz gorzej, głodna i zmęczona straciła nadzieję na świetlaną przyszłość.














Dzwoniła do mamy, płakała, uciekać chciała...












Kiedy okazało się, że największe szanse ma na zmywaku, spostrzegła fotkę niejakiej Elki, która podobno jest Królową.



















Poszła więc pod pałac. Okna były tam okropnie brudne i widać było, że służba się obija! A ona...miała taki potencjał w sobie...
Była tak zmęczona dniem, że zasnęła w green park'u
















niestety... została zgwałcona i porzucona!


















Uratował ją Irakijczyk Gieniusz i jego urocza żona Dominka.


















Kobiety postanowiły to uczcić i napić się winka!




















Po tym winie Lena Doce swoim starym sposobem położyła się gdziekolwiek i po prostu zasnęła. Nie zauważyła, że spoczęła na płatkach magnolii... Spostrzegł to jednak Bungsy, podobno znany brytyjski malarz i została jego muzą...

















Muzą niczyją być nie chciała, więc się spakowała i wyjechała...

















Do Bejrutu.


























Ciąg dalszy londyńskich historii nastąpi...jutro napiszę o: Sutrze, o tym jak poznałam mnichów z Szaolin!, o pijaństwie i Portobello i oczywiście o Radeczku i Dominice:)...

Dobrej nocy!!!!