

Jako dziewczynka marzyłam o tym żeby śpiewać. Moją idolką była Madonna. Kiedy w 4 klasie zwichnęłam nogę w kostce, wykonując jakiś skomplikowany obrót na łyżwach, przez miesiąc siedziałam w domu i każdego dnia kiedy rodzice i brat wychodzili ja stawałam się Madonną, w pełnym makijażu... Tańczyłam (z jedną nogą uniesioną), śpiewałam rozdawałam autografy... Byłam gwiazdą. Ok. 16:00 wszyscy wracali do domu, a ja znów byłam Leną Piękniewską- marzycielką :)
Marzeń miałam zawsze wiele. Całe życie ciągnęło mnie do osób "duchowych". Zawsze pragnęłam obcować z ludźmi, którzy postrzegają świat pełniej. Kilka miesięcy temu zaczęła się moja "mistyczna" podróż, zaczęło się spełniać moje marzenie. Niemal każdego dnia poznaję ludzi, którzy stają się moimi przewodnikami. Pokazują mi prawdy, o których nie miałam pojęcia, albo inaczej... nie byłam ich świadoma. W sobotę i w niedzielę obcowałam z Kobietami, Mistyczkami, które pomagają mi ułożyć myśli w głowie wg praw nadświadomych :). W poniedziałek cudowna jak zawsze rozmowa z Joszi... Właściwie o Joszi chciałabym napisać więcej, bo nie zdarzyło mi się nigdy wejść do Jej domu i wyjść. W poniedziałek przyszłam po chusty tybetańskie, a wyszłam po 2 godzinach... zwykle wychodzę nad ranem...w kiepskiej formie jestem :). Lubię Joanny słuchać. Lubię kiedy opowiada o książkach, które przeczytała, o religiach, o Tybecie... Bardzo bliskie są mi też siostry Joszka: Graisol i Marta... Marta życie mi uratowała wiele miesięcy temu. Niezwykły jest też dom, w którym siostry mieszkają. Zawsze można w nim kogoś spotkać i tak... wczoraj przyjechała Anna, która zrobiła sobie przystanek w podróży po świecie... Radeczek, Grażynka i Albert grali w jakąś poważną grę planszową, a Joszi, Anna i ja rozprawiałyśmy o psychologii behawioralnej od czasu do czasu zmieniając temat na serię zachwytów nad filmem Mamma Mia! :)
Po powrocie z Areczkiem nalaliśmy sobie wino i wyruszyliśmy w podróż sentymentalną do Kopenhagi... było cudownie... dwie fotki z tamtego czasu zamieszczam... lat wiele już upłynęło...och... Mieszkaliśmy wówczas klika w cudownym miejscu, na ukochanej przez Duńczyków uliczce Christianshavn, ukochanej, gdyż rozgrywała się na niej akcja cudnego filmu "Mały domek na Christianshavn". Właścicielem wyjątkowo uroczego mieszkanka był Klaus Petersen, który wówczas odbywał kolejną podróż do Japonii, a my gościliśmy się pysznie. Klaus odszedł w grudniu 2007 roku. Potem kilkanaście dni biwakowaliśmy u Państwa Sorensoen, których domem się opiekowaliśmy podczas ich podróży do Nowego Jorku... Zwiedzaliśmy muzea, jeździliśmy rowerami, piliśmy piwo...byliśmy beztroscy bardzo i raczej niewinni... Wynajmowaliśmy mieszkanie z kotem... :)
W czwartek energetyczne picie wina z Kinią... bosko...
Dzisiaj był dzień wglądu w samą siebie. Rano zakupy, potem szybka kawa z R. obiad i... ważne, bardzo ważne spotkanie z Małgorzatą S. Wyłącznie ważnych spotkań doświadczam.
Dzisiaj rozmawiałam z Januszem Grzywaczem...wszystko zmierza ku sukcesowi, mam tutaj na myśli, że Mistrz napisze kolejną piękną piosenkę. To wielki zaszczyt obcować z osobowościami...
Zdzwonił też dziś Maciej Michalski, który realizuje, clip. Opowiedział mi swoją wizję całego przedsięwzięcia. Wiedziała,, że Maciej będzie rozumiał o co mi chodzi, że pojmie tajemnicę i zrobi z niej opowieść. Wcześniej sesja zdjęciowa.... nie mogę się doczekać!
Dużo myślę o płycie. Dojrzewa we mnie idea. Ukorzeniam się. Otulam się milczeniem. Niosę w sobie prawdę. Nabieram oddechu. Najważniejsze zachowuję na te kilkanaście sesji nagraniowych, już niebawem...na "setkę".
W tym miejscu chciałabym wkleić troszkę Herberta odkrytego przeze mnie na nowo dzięki Arkowi ...
"(...)
między krzykiem narodzin
a krzykiem śmierci
obserwujcie swoje paznokcie
zachód słońca
ogon ryby
a tego co zobaczycie
nie wynoście na rynek
nie sprzedawajcie po cenach okazyjnych
nie krzyczcie
bogowie tak jak zakochani
lubią ogromne milczenie
między wrzaskiem początku
a wrzaskiem końca
bądźcie jak niedotknięta lira
która nie ma głosu
ma wszystkie
To jest dopiero początek. Początek zawsze jest śmieszny. Siedzę na najniższym stopniu świątyni Zeusa Cudotwórcy i zachwalam mały palec, tamaryszek, kamyki.
Nie mam ani uczniów, ani słuchaczy. Wszyscy stoją zapatrzeni jeszcze w wielki pożar epopei. Ale to już dogasa. Niedługo zostaną tylko osmalone ruiny, które zdobędzie trawa. Ja jestem trawa.
Czasem myślę, że może uda mi się z nowych wierszy wyprowadzić nowych ludzi, którzy nie będą dodawali żelaza do żelaza, krzyku do krzyku, przerażenia do przerażenia.
Można przecież ziarno do ziarna, liść do liścia, wzruszenie do wzruszenia.
I słowo do milczenia.
(...)"
Cisza w muzyce ma ogromne znaczenie...
5 września w Poznaniu (w Warszawie ponoć już od wczoraj!) premiera niesamowitego filmu... http://www.milarepafilm.com/
A za tydzień będę w moich ukochanych Tatrach...och i ach..
No i cóż... jutro rano Justynka Szafran, ja, nasze dzieci i Radek idziemy na spacer... będzie pięknie...
I na koniec dialog z Moją Ukochaną Córeńką:
Maniu, kim będziesz jak dorośniesz?
Nietoperzem!!!
Nietoperzem?!! A co będziesz robić?
Wisieć do góry nogami.
....
hmmm...no przyznam, że inaczej wyobrażałam sobie przyszłość mojego dziecka...cóż... ważne żeby była szczęśliwa... :))))
Dobrej nocy...